Historia o butach piłkarskich - część druga
Witam. Opisywałem kilka dni temu pierwszą część historii o butach piłkarskich, o tym, jak wyglądał te 50 i więcej lat temu tak prozaiczny element życia dzisiejszych zawodników. Tych, którzy go nie przeczytali, zapraszam do lektury, trochę inny świat…
A dziś kolejna część opowieści. Pamiętam też o kilku pytaniach w komentarzach do tamtej części opowieści, chciałem na nie odpowiedzieć już teraz, ale chyba będzie lepiej, jeśli zbiorę te pytania w jedno razem z tymi, które zapewne pojawią się tutaj. Zapraszam do ich zadawania, chętnie odpowiem. A teraz - druga część.
Kiedy zostałem zawodnikiem Legii Warszawa, buty dla nas były zamawiane u szewca Partizana Belgrad, “bratniego” klubu wojskowego Armii Jugosłowiańskiej, z którym kierownictwo CWKS-u nawiązało współpracę po zmianach politycznych w 1956 roku. Współpraca ta polegała na tym, że hokeiści Partizana przyjeżdżali na treningi przedsezonowe do nas, na Torwar, a my na zimowe obozy jeździliśmy do Jugosławii. Mieliśmy też dwóch trenerów z Partizana, wielkiego Stjepana Bobka i Virgila Popescu.
Oczywiście wymiana była bezdewizowa, towar za towar. I właśnie w ramach tego każdy z piłkarzy CWKS-u Legia dostawał raz na rok swoje wymarzone dwie pary butów robionych na miarę. To były naprawdę wyśmienite buty: twarda podeszwa, korki przybijane do pasków z twardego ebonitu tak, że zupełnie nie wchodziły w stopę i były stateczne, cholewka robiona z nubuku cielęcego sprawiająca, że buty układały się do stopy jak najbardziej ekskluzywne damskie rękawiczki… No i były leciutkie, jak piórko. Człowiek po prostu w nich nie biegał, a fruwał! Skóra i wyprawa były natomiast tak doskonałe, że pomimo grania na błocie i na śniegu, but zupełnie się nie deformował. To były naprawdę samograje!
Oczywiście my, piłkarze, od zawsze mieliśmy hopla na punkcie wagi buta, więc żeby były one jak najlżejsze, to przy przymiarce wybraliśmy buty o numer mniejsze niż te, które mieliśmy w Polsce, licząc że one, jak te nasze, po rozbiciu będą akurat. I oczywiście pierwsze zamówione pary były za małe.
To była tragedia.
Buty te zupełnie się nie rozciągały. Mimo, że dawaliśmy je na długi czas do rozbicia naszym juniorom, wciąż były na nas za małe. Poza tym nie miały wymiennych korków: pamiętam nasz mecz na Legii przegrany 0-4 w 1/8 Pucharu Zdobywców Pucharu z TSV 1860 Monachium na wiosnę 1965… Graliśmy wieczorem, przy świetle, w temperatutrze -10 stopni, po pierwszej wioennej odwilży, która plac gry zamieniła w lodowisko. Bezradnie parzyliśmy, jak przeciwnik bez wysiłku ogrywa nas niemiłosiernie, zupełnie nie ślizgając się na tym, co kiedyś było trawą. A w dodatku byli zabezpieczeni przed zimnem cienkimi rajstopami!
Na pocieszenie, w rewanżu zagraliśmy bardzo dobry mecz remisując 0-0. Nie wymazało jednak z mojej pamięci tej niemocy i sromoty z pierwszego spotkania. Po tej historycznej lekcji rozpoczęliśmy współpracę z Adidasem i wreszcie mieliśmy buty z wykręcanymi korkami na każdy rodzaj nawierzchni. Pózniej zresztą oprócz butów z wymiennymi korkami dostawaliśmy także buty z wmontowanymi na stałe korkami plastikowymi, które nosiło się do treningu. Współpraca z Adidasem umożliwiała nawet zamawianie butów na indywidualne potrzeby, na przykład z wyższą cholewką dla zawodników o rozchwianym stawie skokowym.
Pamiętam też, że w mojej karierze trenerskiej przygoda z butami miała ogromny wpływ na atmosferę panującą w drużynie reprezentacji Polski. Przed meczem z Argentyną na MŚ w 1978 roku zawodnicy dowiedzieli się, że Adidas przeznaczył specjalną premię dla nich: 25 tysięcy dolarów wyłącznie za to, żeby grali na całym turnieju w butach Adidasa, a nie Pumy.
Ponieważ kadrowicze domniemali, że pieniądze w ich imieniu pobrało kierownictwo i im nie przekazało (bo dotychczas nic o tym nie wiedzieli), podnieśli larum. Targi i negocjacje między ówczesnym prezesem PZPN-u, a radą drużyny trwały do drugiej w nocy. Zawodnicy zagrozili w ogóle, że zamalują charakterystyczne trzy paski na cholewce buta, żeby dać sygnał Adidasowi, że nie otrzymali przeznaczonych dla nich pieniędzy. Nie pamiętam już, jak się skończyło, ale w ten sposób buty przeszły do historii polskiej Piłki Nożnej…
Później, kiedy zaczęły konkurować ze sobą wielkie firmy produkujące sprzęt sportowy takie jak Adidas, Puma, Nike, czy Diadora, kluby pozostawiły zawodnikom wolną rękę w jakich butach chcą grać, więc firmy te zaczęły podpisywać indywidualne kontrakty z poszczególnymi zawodnikami. Oczywiście najwyższe umowy dostawali najczęściej napastnicy, bo na zbliżeniach po strzeleniu bramki w telewizji można było eksponować logo firmy.
Z biegiem czasu zmieniła się też technika. Obecnie buty dla najlepszych zawodników przygotowują specjalistyczne zespoły specjalistów, którzy uwzględniają najmniesze nawet potrzeby zawodnika. Podstawa jest jednak zawsze taka sama: bada sie to, jak rozkłada sie nacisk stopy na podeszwę, bo to ma wpływ na ilość i rozmieszcenie korków. W tradycyjnych butach było ich sześć: dwa pod piętą i cztery na przodzie stopy. To jednak nie pomagało tym zawodnikom, którzy biegali bardziej z palców lub biegali z naciskiem na boczne strefy stopy. Wtedy korki muszą być z przodu i boku, musi też być ich więcej.
Pod koniec lat 70-tych, kiedy przyjechałem trenować do Grecji, większość boisk treningowych a nawet stadionów miało nawierzchnie szutrową, a boiska na których widać było resztki trawy, były twarde jak beton. Sztuczne nawierzchnie też wymagają specjalnego obuwia i są bardzo niebezpieczna dla więzadeł i stawów. Nawet kulki kauczuku wrzucane na powierzchnię nie zmniejszają współczynnika tarcia, który jest tam dużo większy od boiska trawiastego.
Na koniec uwaga techniczna: należy podkreślić, że wielkość stopy zawodnika determinuje technikę i umiejętność strzału. Zawodnicy o małej stopie i wysokim podbiciu mają łatwość oddawania bardzo silnego uderzenia z daleka. Natomiast gracze o dużej stopie preferują raczej strzał zewnętrzną częścią, tak zwanym fałszem, ponieważ nie zwiększa to ryzyka urazu stawu skokowego, występującego gbyby próbowali strzelać prostym podbiciem. Przykładem takim był Gunter Netzer z dużyny RFN-u w 1974 roku, któremu Adidas robił już wtedy buty na zmówienie, ponieważ potrzebował numeru 48.
Komentarze (13)
