Archiwum dla listopad, 2008

Mój zawodnik, Nikolaos Frousos, strzelił gola w Lidze Mistrzów!

Każdy trener ma swojego ulubieńca, “synka”. Mój wczoraj strzelił bramkę w Lidze Mistrzów mimo, że niewielu oprócz mnie w niego od dawna nie wierzyłp! Mowa oczywiście o Nikolaosie Frousosie, którego trenowałem przed kilku laty w Ionikosie Ateny.

Dla mnie Frousos był jak dziecko, wychowanek. W Polsce praktycznie nikt o nim nie słyszał, ale teraz może być jego czas.

Nie poradził sobie, co prawda, w PAOKU, ale jak mówił - to dlatego, że trenerzy nie potrafili odkryć jego talentu. Ale to taki człowiek, że nie miał nigdy pretensji do nikogo. Czy grał, czy nie grał, i tak był pogodny. Jak na greckie warunki, umie wszystko: zdobywać gole w sytuacjach jeden na jeden, 1 na 3, 1 na 2… A jak potrzeba, to i z dystansu uderzy. Najlepiej czuje się oczywiście na pozycji ofensywnego pomocnika.

W moim pojęciu jest to oczywiście talent już zmarnowany, bo powinien być reprezentantem Grecji, tym bardziej, że to chłopak o szerokich horyzontach, cholernie bezproblemowy i zawsze grający dla drużyny, a nigdy dla siebie. Od niego rozpoczynałem zresztą ustalanie składu drużyny.

Na koniec anegdota: kiedyś nie miałem stopera bo mi wyleciał za kartki. Mówię: “Niko, zagrasz mi stopera”? A on na to: “Panie mister, jasne!”. Więc potem u mnie grał na wszystkich pozycjach: stopera, defensywnego pomocnika, w ataku - bez różnicy. Koledzy mówili o nim, że potrafi wyciągnąć żmiję z nory, jak to się mówi w Grecji. Czyli on włożyłby nogę tam, gdzie inni nawet by nie spojrzeli!

Patrzcie na niego w kolejnych meczach!

Trochę o nowym prezesie PZPN

Minęło już kilka dni od wyborów, ale nic o tym nie pisałem. Pora nadrobić zaległości, więc podzielę się moimi spostrzeżeniami na temat Grzesia Laty. Przede wszystkim, mimo że w gazetach czy internecie faworytem był Boniek, to na zjeździe wyraźnie było czuć, że wygra Lato.

Choć Kręcina byłby dla wielu ludzi wygodniejszy, to właśnie Grzegorz miał to, co było kluczowe: poparcie ludzi z południa kraju, z terenu. Dlaczego to takie ważne? Ponieważ ludzie ci chcieli mieć swojego czlowieka, który walczyłby o rozszerzenie ilości meczów i stadionów, które miałyby być rozegranie w Polsce podczas EURO 2012! Chodzi tu o Kraków i Chorzów, rezerwowe stadiony. Taki właśnie był ich ukryty plan: żeby ich przedstawiciel, ich człowiek, miał teraz zobowiązanie wobec nich. I on będzie pilnował, żeby oba te miasta mogłyby być brane pod uwagę jako stałe stadiony na ME 2012.

Kręcina o tym wiedział, ale choć sam wiele razy podkreślał, że pochodzi z Żywca, to lata pobytu w Warszawie i tyle lat zarządzania związkiem niejako rozmyły tę zaletę. Z nim u władzy Południe nie miałoby takiego poparcia. Nie miałoby nikogo ze zobowiazaniami. Nie mogli go więc obdzielić łaską.

Co do Laty… Co można powiedzieć, ja mu życzę zdrowia. I żeby coś zrobił z piłką. A czy ma koncepcję..? Najlepszy program miał Kręcina. Natomiast Lato czytał z kartki z takim wielkim napięciem i był nieprzekonywujący. Ciągle tylko szły jakieś banały: bramka z Brazylią, tytuły króla strzelców, nie było to ani spójne, ani ladne.

Jedno za to trzeba przyznać. Nazywamy go wszyscy Bolkiem, bo on to Bolek, a Szarmach to Lolek. Więc Bolek zadbał o siebie: schudł, zewnetrznie prezentował się udanie. Chyba nawet zęby miał podczyszczone, w dobrym stanie, pewnie kupił jakiś taki amerykański preparat. A ma taką urodę, że u niego zepsute zęby zawsze było widać. Teraz z pewnością miał swoich wizażystów. Prezentował się więc godnie, choć wyraźnie widac było jednak w jego oczach zmęczenie. Makijaż tego nie ukryje. Widac też było niepewność…

Historia o butach piłkarskich

Patrzę często na współczesnych piłkarzy: im jest łatwo uprawiać sport, bo nie muszą przejmować się detalami. Kiedyś był problem ze wszystkim. Największy - z butami.

Pierwsze moje buty piłkarskie były koloru cegły, robione na zamówienie u zaprzyjaznionego szewca - Pana Felka w Pruszkowie, który miał zakład szewski koło kościoła Św.Kazimierza. Jedna para wykonanych przez niego butów służyła trzem zawodnikom pierwszej drużyny, drugiej drużyny i drużyny juniorów.

W tych butach rozgrywano tylko mecze , nie trenowało się w nich. Konserwacją butów zajmował sie oczywiście zawodnik z juniorów, który je mył, suszył, a następnie zabezpieczał pastą. Buty te były solidne i kosztowały fortunę, ale Klub często i gęsto Panu Felkowi nie płacił. Był on za to Gościem Honorowym każdego meczu i miał specjalne miejsce na trybunie. Dziś rzecz nie do wyobrażenia…

Buty te posiadały korki przybite na stałe, które często urywały się, szczególnie upalnym latem i mrożną wiosną, kiedy nawierzchnie boisk były bardzo twarde. Z drugiej strony niszczyły się również dlatego, że na boiskach nie było trawy, a na przykład tak jak u nas w Pruszkowie, żużel z pobliskiej elektrowni.

Ważnym elementem buta były podeszwy wzmocnione paskiem z twardej skóry, do którego były przybite długimi gwożdziami korki. Przy tych twardych nawierzchniach gwożdzie często przebijały pasek oraz podeszwę i wchodziły w stopę.

Oczywiście podczas meczu było więc zawsze na miejscu pogotowie techniczne Pana Felka, który to w przerwie, na imadle, naprawiał uwierający but.

Drugim elementem charakterystycznym buta był jego czubm wzmocniony blachą aluminiową, żeby można było używać uderzenia z tzw. czuba i nie połamać sobie przy okazji palców u nóg (kiedyś napiszę o piłkach, a raczej o tym, co działo się z nimi, kiedy spadał deszcz i nawierzchnia była mokra.

Taka aluminowa wkładka zabezpieczała również palce u nóg (bardzo wrażliwe na ból) przed brutalnym zagraniem przeciwnika, który w sytuacjach podbramkowych z premedytacją stawał całym ciężarem ciała na stopie i palcach.

Mój pierwszy mecz w drużynie juniorów Znicza Pruszków rozegrałem na wyjezdzie z drużyną Wicher Kobyłka (chyba jest stacja o tej nazwie na trasie do Wołomina?), który wygraliśmy 3-2 i właśnie na tę okazję dostałem te moje ceglaste pierwsze buty piłkarskie, z którymi nie rozstawałem się nawet we śnie, ponieważ były zawsze były schowane pod moją poduszke.

Swoją drogą, często ze względu na to, że korki w butach nie były wmienne, Panowie trenerzy drużyn, z którymi graliśmy na wyjezdzie na noc przed meczem zlewali boisko wodą (niezależnie od pogody). Boisko zamieniało się wtedy w grzęzawisko, a my mieliśmy tylko jedną pare butów z korkami co najwyżej średnimi. Na takiej nawierzchni czuliśmy się więc jak krowa na lodzie.

Pamiętam zresztą właśnie taki mecz Legii na wyjezdzie z Wisłą Kraków, który przegraliśmy z kretesem, a podobną niespodziankę „zgotował” nam ówczesny trener Wisły - Giergiel.

Z podobnymi praktykami „taktycznymi” jako trener spotkałem się zresztą w Grecji, ponieważ tam boiska były bardzo twarde i zawodnicy używali tylko butów z plastikowymi korkami, co zupełnie uniemożliwiało granie na błotniskiej nawierzchni.

Inny jest ten świat dzisiaj, prawda..?

« Wstecz


Polecamy



Wyszukaj w blogu

RSS


listopad 2008
P W Ś C P S N
« października    
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930